Nienajgorsza płyta z mnóstwem nieścisłości – tak w skrócie można opisać najnowszy album Hukosa. Pomimo tego, że materiał jest całkiem solidny, słuchacze znajdą masę rzeczy, do których można się przyczepić. Jaka w istocie jest płyta „Wielkie wojny małych ludzi”? W końcowym rozrachunku po prostu średnia: udana, ale ze słabymi punktami..

Mocne strony krążka to przede wszystkim kilka kawałków, które wyróżniają się pozytywnie na tle całej reszty. „Cały twój swag” to prowokacyjny, przewrotny numer, w którym obrywają przede wszystkim pozerzy i pseudofani rapu traktujący hip-hop powierzchownie. Niezłym kawałkiem jest też „Odchodzić by powracać”, w którym robotę robi klimatyczny, spokojny beat oraz szczery przekaz Hukosa. Z kolei „Daleko od domu” ma trochę nostalgiczny wydźwięk, co nie zmienia faktu, że to bardzo wartościowy track. Wersy z końcówki tego numeru „prawdziwy dom jest tam gdzie kwiaty nie więdną w oknach, jakaś kobieca dłoń regularnie je dogląda” to mistrzostwo świata. „Na szczycie na dnie” to jak dla mnie koncertowy wymiatacz, głównie ze względu na całkiem przyjemny refren od Grizzlee.

Jest kilka minusów, które mogą zmiażdżyć każde pozytywne odczucia wobec tego krążka. Przede wszystkim Hukos powinien być bardziej konsekwentny w doborze repertuaru na album, ponieważ taki gniot jak „2 kreski” jest absolutnym przeciwieństwem niezłego tracku „Facet z 3 na przedzie”. Nie wiem czy pierwszy z tych kawałków to tylko marna prowokacja, czy słabszy moment Hukosa, czy po prostu „wypełniacz” płyty. W tym numerze jest zepsute wszystko: temat, fatalne wersy („Myślisz, ze nie chce dzieci? Zawsze chciałem mieć dzieci. Tylko się boję ze kiedyś mi powie, nie jest dobrze moje baby”), koszmarne wstawki wokalne Carrie. Dosłownie i w przenośni jedna wielka „wpadka”. Kolejny słaby punkt albumu to „Zdradzę Ci sekret”, czyli zlepek przemyśleń wprost od domorosłego filozofa, okraszony górnolotnymi sformułowaniami. Miało brzmieć ambitnie, a brzmi jak nieudolna próba wytłumaczenia się z tytułu płyty.

Jeśli chodzi o warstwę muzyczną, to podobnie jak w przypadku tekstów można narysować sinusoidę obrazującą jej poziom. Beaty są przeróżne, od bardzo dobrych jak ten z zamykającego płytę „Epitafium dla naszych marzeń”, aż do tych słabych, przeładowanych nowomodnymi brzmieniami jak np. podkład do „Gdzie jest sens?”. Niezły jest też instrumental do kawałka „Żyć jak Himilsbach i Maklak”, ale żeby zachować równowagę musiał pojawić się beat np. do „Obawa przed potem”.

Z jednej strony Hukosowi nie można odmówić autentyczności: wiele wersów jest bardzo osobistych, brzmi szczerze i jednocześnie gorzko. Z drugiej jednak pojawiają się kawałki tak infantylne, że nie wiadomo czy raper ma faktycznie 30 lat czy 17. Ogólnie album „Wielkie wojny małych ludzi” byłby niezłą, spójną płytą, gdyby nie kilka gorszych kawałków. Słabsze, momentami dziecinne, numery nie pasują do „dojrzałego stylu”, który Hukos koniecznie chce pokazać w wielu trackach. Warto poświęcić trochę czasu na odsłuch tego krążka, jednak słuchacze, którzy nie są fanami rapera z Białegostoku, łatwo mogą się rozczarować.

Płytę można zamówić TUTAJ

Komentarze

Komentarz